niedziela, 17 marca 2013

F # 19 # Wyścig z czasem (2011)


Nigdy nie byłem fanem Justina Timberlaka, no bo jak można lubić kogoś, kto zdobył sławę za sprawą występów w jednym z tych lukrowych boysbandów?!
W latach 90-tych był on wręcz bożyszczem  nastolatek, które na sam jego widok, chociażby tylko na plakacie..., sami zapewne wiecie jak było.
Biorąc pod uwagę fakt, że zawsze uważałem się za prawdziwego mężczyznę, rozumiecie chyba, że pewne rzeczy nie mogły być przeze mnie akceptowane ;)

Wylądowanie w tzw. szufladzie, to chyba najgorsze co może spotkać artystę, niezależnie już od tego jaką sztukę preferuje.
Czasami zdarza się, że wychodzi to aktorom na dobre, choć jednak w większości przypadków, jeśli założy się konkretną maskę, to bardzo trudno jest się jej pozbyć, co delikatnie ujmując, przeszkadza w dalszej karierze.

Tak właśnie stało się z Justinem, który według mnie bardzo trudno miał się przebić przez grubą, różową warstwę, swej młodzieńczej działalności scenicznej.
Na szczęście mu się to udało i na chwilę obecną jest bardziej aktorem niż piosenkarzem, przy najmniej ja go tak odbieram.

In Time to jeden, z bardzo wielu moich ulubionych filmów.
Genialny pomysł i bardzo ciekawy scenariusz są tu najważniejsze, poza tym naprawdę niezła obsada, z wcześniej wspomnianym Panem na czele. 
Jeśli to by ode mnie zależało, to przyznałbym nie jedną nagrodę twórcom tego filmu,  a przede wszystkim scenarzyście, który (przepraszam za język) odwalił kawał dobrej roboty.

Polecam ten film wszystkim, którzy cenią niebanalne pomysły i nowatorskie rozwiązania.

Miłego dnia ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz